Targowica 2.0. Zdrada, której nie ma

Drukuj

Odkąd Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie Polski po Internecie krąży lista „zdrady narodowej” zawierająca nazwiska Polaków, którzy ją poparli. Oczywiście określeni oni zostali mianem „nowej Targowicy”. Czy jest w tym określeniu choć cień prawdy?

Kilkanaście dni temu Parlament Europejski przyjął miażdżącą ilością głosów rezolucję w sprawie sytuacji w Polsce, a właściwie istniejącego w naszym kraju i opisanego już na wszelkie możliwe sposoby kryzysu konstytucyjnego. Jej echa nie milkną jednak do dzisiaj. W gronie 513 deputowanych, którzy zagłosowali za, byli Polacy z partii opozycyjnych wobec rządu w Warszawie, a więc politycy PO, PSL i SLD. Prawo i Sprawiedliwość i inne środowiska prawicowe od razu zareagowały oskarżeniem o narodową zdradę. Ich zwolennicy udostępniają na portalach społecznościowych listę „hańby narodowej” zawierającą nazwiska polityków opozycji którzy poparli rezolucję, określonych mianem nowej konfederacji targowickiej. Co więcej od kilku lat właśnie takie porównania stosowane wobec przeciwników politycznych są stałym elementem retorycznego arsenału prawej strony politycznej sceny w naszym kraju. To niezwykle mocne oskarżenie.

Konfederacja targowicka została bowiem powołana wiosną 1792 roku, jako reakcja sił konserwatywnych w społeczeństwie szlacheckim na konstytucję 3 maja. Inspirowana i wspierana przez tradycyjnego wroga przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, Rosję, która zapewniła targowiczanom zbrojną pomoc i opiekę. Była to więc próba obalenia zbawiennych reform Sejmu Wielkiego drogą zbrojnej interwencji z zagranicy. Jej skutki zaskoczyły jednak samych konfederatów, ponieważ wojska rosyjskie nie tylko obaliły reformy, ale także doprowadziły do drugiego rozbioru, po którym unicestwienie unijnego państwa polsko-litewskiego, było już tylko kwestią czasu. Od tej chwili konfederacja targowicka jest symbolem najbardziej obrzydliwego pokroju narodowej zdrady, kierowanej dążeniem do uzyskania osobistych korzyści, a zmierzającej do unicestwienia zdrowej tkanki społeczeństwa.

Za przypisywaniem obecnie politykom opozycji tego miana kryje się pogląd o dwojakim charakterze. Z jednej strony depolonizacja innych ugrupowań, wypchnięcie ich poza nawias polskości, z drugiej próba zrównania współczesnych działań PiS z desperacką próbą ratowania bytu państwowego jaką były w swej istocie reformy sejmu z lat 1788-1792.

Przedstawiony sposób myślenia zbudowany jest w oparciu o cztery poniższe założenia, łatwe do odszyfrowania, choć zapewne nie zawsze w pełni uświadomione przez ich propagatorów.

  1. Sposób postrzegania przez rządzący obóz polityczny pojęcia dobra społecznego wyczerpuje wszystkie możliwości jego rozumienia.
  2. W związku z powyższym założeniem, każde wystąpienie przeciwko obecnemu rządowi jest działaniem na szkodę Polski.
  3. Unia Europejska jest nową wersją Rosji pod rządami carycy Katarzyny. Organizacją Polsce odwiecznie wrogą, pragnącą ją uzależnić i podbić.
  4. Rezolucja Parlamentu Europejskiego i inne działania instytucji międzynarodowych podejmowane w związku z kryzysem konstytucyjnym, są obliczone na zniszczenie Polski.

Pierwsze założenie jest tyleż absurdalne, co niebezpieczne. Oznacza ono bowiem, że każdy kto nie zgadza się z poglądami rządzącej partii jest przeciwnikiem dobra swojej ojczyzny. W oczywisty sposób trzeba to zidentyfikować jako próbę moralnej i politycznej dyskwalifikacji ogromnego spektrum światopoglądów rozciągającego się od lewicy, po umiarkowaną prawicę. Takie rozumowanie prowadzi do podważenia istoty demokracji jaką jest pluralizm polityczny. Skoro bowiem tylko jedna partia troszczy się o kraj, całą resztę można właściwie zdelegalizować jako twory szkodliwe dla państwa. W każdym razie taki wniosek jest naturalnym owocem konsekwentnego utrzymywania tego sposobu myślenia. Wynika z tego również, że wszystko co robi Prawo i Sprawiedliwość jest jedyną prawdziwą troską o Polskę, która w takiej wizji świata zostaje sprowadzona do poziomu partyjnej własności. Zastąpienie maksymy Ludwika XIV „państwo to ja” kolegialną „państwo to my”, ale nie w znaczeniu egalitarnym i demokratycznym tylko partykularnym, związanym z jedną, konkretną opcją polityczną.

Drugie założenie wynika wprost z pierwszego. Skoro bowiem Prawo i Sprawiedliwość ma monopol na patriotyzm i troskę o byt ojczyzny, siłą rzeczy walka z nim jest antypatriotyczna i antynarodowa. Między innymi w tym założeniu znajdziemy źródła uwielbianego przez radykalną prawicę określenia „antypolski”. Od wielu miesięcy „antypolski” okazuje się film, albo sztuka teatralna, zwłaszcza jeśli zebrały dobre recenzje za granicą. „Antypolscy” są publicyści, politycy, artyści, a ostatnio nawet większość prawników. Wszak, podążając tym tokiem rozumowania, gdyby ci wszyscy ludzie kochali swoją ojczyznę reprezentowaliby wizję świata zgodną z jedynym prawdziwie polskim i patriotycznym stanowiskiem PiS.

W niezwykle przepastnych oparach niedorzeczności znajdziemy się jednak dopiero podczas refleksji nad założeniem trzecim. Trzeba mieć przy tym świadomość specyfiki stosunków Rzeczpospolitej z Rosją w XVIII wieku. Jak pisałem w pierwszym swoim tekście umieszczonym na tym blogu, począwszy od zakończenia ostatniej wojny północnej w 1721 roku nasz kraj znajdował się w orbicie wpływów rosyjskich. Kiedy na tronie moskiewskim zasiadała caryca Katarzyna (niemieckiego pochodzenia, co jest kolejnym elementem poruszającym bujną wyobraźnię prawicy), Rzeczpospolita była więc protektoratem wschodniej sąsiadki. Oczywiście nikt nie pytał mieszkańców państwa polsko-litewskiego o zdanie, a zwierzchność rosyjska została ugruntowana zespolonymi działaniami armii i dyplomacji wspartymi przez przekupną i zdegenerowaną moralnie, ale mimo wszystko wąską klikę złożoną z części polskich i litewskich magnatów. Tymczasem warto dzisiaj przypomnieć fakt, jak się okazuje nie dla wszystkich, oczywisty, iż do Unii Europejskiej Polska przystąpiła dobrowolnie, po tym jak w referendum 77,5 % głosujących (13,5 mln głosów) przy frekwencji 59% (17,5 mln obywateli) opowiedziało się za wejściem do wspólnoty. Takiej legitymacji demokratycznej nie ma cały Sejm RP obecnej kadencji razem wzięty. Na wszystkie ugrupowania zasiadające w tym gremium zagłosowało łącznie 12,7 mln ludzi, z czego na Prawo i Sprawiedliwość mniej niż 6 milionów. Co więcej, głosowanie nie odbyło się pod groźbą obcych sił zbrojnych. Między bajki można też włożyć przypuszczenia o jego sfałszowaniu. Przystąpiliśmy do Unii Europejskiej, ponieważ zdecydowana większość obywateli i elity politycznej dostrzegło w tej decyzji polską rację stanu. Nie było żadnej przemocy ani manipulacji. Nie zostaliśmy także podbici, ani zdominowani. Trudno w tej sytuacji utrzymywać, że organizacja ta jest Polsce wroga, szczególnie, że od czasu akcesji, Polska dostaje co roku olbrzymie pieniądze z budżetu UE, za które udało nam się wybudować i zmodernizować setki kilometrów dróg i kolei, nie wspominając już o innego rodzaju inwestycjach. Można oczywiście dyskutować nad sensem tych dotacji, a także nad sposobem ich wykorzystania. Prawdą jest, że budżet UE pochodzi ze składek swoich członków w tym Polski. Jednak niezależnie od tego koncepcja wedle której wspólnota finansuje przedsięwzięcia służące nadrabianiu zaległości cywilizacyjnych celem podbicia i zniszczenia Rzeczpospolitej już na pierwszy rzut oka jest zupełnie groteskowa. Byłaby to w każdym razie zupełnie nowatorska metoda przeprowadzania inwazji. Poza tym Polska nadal jest państwem suwerennym, prowadzącym własną politykę wewnętrzną i zagraniczną, choć jak w przypadku każdego innego państwa na świecie ograniczoną umowami międzynarodowymi.

Wraz z przystąpieniem do Unii, Polacy zyskali także reprezentację w Parlamencie Europejskim. Polscy deputowani do tej instytucji wybierani są w demokratyczny sposób w Polsce i odpowiadają przez polskimi wyborcami. Można więc z pełną odpowiedzialnością za słowa stwierdzić, że Parlament Europejski to także nasz parlament, a więc podczas jego posiedzeń debaty poświęcone Polsce nie powinny nikogo dziwić. Teraz jednak okazuje się, że w myśl czwartego założenia, niedawna rezolucja jest aktem naszemu krajowi wrogim. Rzeczywiście, dokument ten jest jasnym politycznym uderzeniem skierowanym przez unijne instytucje w konkretnego przeciwnika. Nie jest nim jednak Rzeczpospolita Polska, a jedynie w rażący sposób łamiący europejskie standardy rząd Prawa i Sprawiedliwości. Politycy prawicy, nie rozróżniają ataku na siebie od ataku na ojczyznę, co jest z ich strony przejawem ignorancji. W krajach demokratycznych rządy się zmieniają co kilka lat w wyniku regularnie przeprowadzanych wyborów. Państwo jest czynnikiem trwałym wobec tymczasowości sprawowania władzy. Trzeba o tym pamiętać, by wyraźnie dostrzec, że w istocie rzeczy rezolucja PE krytykuje i atakuje rządzące Polską ugrupowanie, jego antydemokratyczne praktyki i nic poza tym. Co więcej, z jej treści jasno wynika, iż jest ona objawem troski o demokratyczny system rządów w Polsce, będący gwarancją przestrzegania zachodnich wartości. Trzeba bowiem pamiętać, że Unia Europejska nie jest zbiorem przypadkowych państw, ale organizacją zrzeszającą kraje znajdujące się w kręgu cywilizacji okcydentalnej, a więc między innymi przestrzegające odpowiednich ustrojowych standardów. W tym kontekście sprzeciw PE wobec niszczenia demokratycznego państwa prawa przez (nomen omen) Prawo i Sprawiedliwość jest w pełni zrozumiały i można go porównać do prawdopodobnego sprzeciwu NATO wobec zawarcia przez jednego z jego członków sojuszu z Państwem Islamskim. Podobnie rzecz się ma z interwencjami innych instytucji międzynarodowych, zwłaszcza Komisji Weneckiej. Potępianie, niektórych polskich polityków za przykładanie ręki do reakcji państw zachodnich na kryzys konstytucyjny nie wytrzymuje więc zderzenia z rzeczywistością. Zdradą narodową byłoby wspieranie kosztem Polski wrogich interesów, a takich w działaniach UE nie da się dostrzec inaczej niż kierując się uprzedzeniami lub złą wolą.

Działania opozycji, także na forum międzynarodowym nie mają nic wspólnego ze zdradą narodową. Można oczywiście nie zgadzać się z działaniami polityków przeciwnych PiS, ale debata w Parlamencie Europejskim, wybieranym także przez polskich obywateli, nie może być potraktowana jako świadome działanie na szkodę państwa. Oskarżenie to oparte jest więc na fikcji, być może świadomie kreowanej przez czołowych polityków obozu rządzącego. Tymczasem w mojej ocenie jest wręcz na odwrót. Dążenie do powstrzymania antydemokratycznych działań obecnej władzy, wszelkimi dostępnymi, pokojowymi środkami jest obowiązkiem demokratycznej opozycji. Jeśli uchwały i debaty Parlamentu Europejskiego oraz innych instytucji międzynarodowych mają pomóc w tym dziele, to jako wyborca jednej z partii przeciwnych rządzącym, w pełni popieram działania zmierzające do zainteresowania tych ciał próbą pełzającego zamachu stanu jaką zafundowało nam Prawo i Sprawiedliwość.

Czytaj również