Narodowcy (nie) zawsze ideowi

Drukuj

Na temat groźnej, stale wzrastającej fali nacjonalizmu napisano już praktycznie wszystko. Wciąż jednak niewielu dostrzega, że w związku z tym pojawiło się nowe zjawisko – pokusa przyspieszonej ścieżki kariery poprzez mariaż ze skrajną ideologią.

Fala nastrojów skrajnie prawicowych wzrasta w tempie niepokojącym. Nacjonaliści zdobywają kolejne obszary życia publicznego i choć na razie do uzyskania reprezentacji w parlamencie potrzebowali liścia figowego w postaci mocno zagubionego w polityce i wykazującego cechy intelektualnego ignoranta Pawła Kukiza, wydaje się, że w niedalekiej przyszłości będą w stanie samodzielnie osiągać polityczne sukcesy.
Wzrost popularności radykalnie prawicowego światopoglądu w sposób naturalny i zrozumiały jest przyczyną napływu ludzi do ruchów go reprezentujących. Środowiska umiarkowane wobec tego zjawiska często ulegają pokusie uproszczenia i uogólnienia. W związku z tym twierdzi się zazwyczaj, że kadry organizacji nacjonalistycznych i faszystów stanowią kibole i inne środowiska balansujące na pograniczu bezprawia. Rzeczywiście silny ostatnio „stadionowy patriotyzm” oparty na wznoszeniu częstokroć wulgarnych okrzyków i dość bezmyślnie wynoszący na piedestał nie zawsze uczciwie zweryfikowanych „Żołnierzy Wyklętych” stanowi znaczącą grupę wśród odbiorców ekstremistycznej prawicy. Sprowadzanie jednak problemu fali nacjonalizmu do posiadających duże luki w wykształceniu i wiedzy o świecie grup kibolskich uważam za przejaw lekceważenia przeciwnika.
Prawdziwą i naprawdę groźną siłę ruchów nacjonalistycznych w Polsce stanowią ludzie rzadko odwiedzający piłkarskie stadiony.

Niestety, ich największym zapleczem , szczególnie intelektualnym, są młodzi absolwenci wyższych szkół, którzy po zakończeniu edukacji mają trudności ze znalezieniem pracy zgodnej z ich aspiracjami i wykształceniem. Co gorsza, nadmiar (w stosunku do rynkowych potrzeb) ludzi z wyższym wykształceniem powoduje, że grupa ta jest bardzo liczna i nic nie wskazuje, że w najbliższej przyszłości dojdzie do odwrócenia tego trendu. Generuje to w ludziach znajdujących się w takiej sytuacji frustrację, a co za tym idzie podatność na wpływy radykalnych demagogów. Ci ostatni występując pod szyldem ruchu narodowego, w przekonujący sposób znajdują odpowiedzialnych za porażki życiowe daleko od tych, którzy je ponoszą – w systemowych politykach, imigrantach, mniejszościach etnicznych i narodowych czy w zgubnej polityce UE.

Kim są więc działacze organizacji narodowych? W pewnym sensie przedstawicielami tej samej grupy, do której obecnie usiłują trafić ze swą ideologią. Przegląd kadr przywódczych formacji ekstremalnej prawicy wskazuje, że są to w większości ludzie młodzi, między 25. a 30. rokiem życia. Wykształcenie czyni ich bardzo świadomymi swych celów, ambitnymi politykami. Podobne doświadczenia biograficzne zapewniają im autentyczność i ułatwiają przekonywanie. Większość z nich rzeczywiście uległa złudzeniu naprawienia problemów społecznych i nadrobienia zaległości cywilizacyjnych poprzez afirmację własnego narodu, niechęć do obcych i inne wątpliwe recepty nacjonalizmu. Jednak wzrost nastrojów radykalnych wywołał też niezwykle interesujący skutek uboczny. Otóż w organizacjach narodowych zaczynają pojawiać się ludzie, których działalność jeszcze kilka lat temu nie wskazywała na reprezentowanie tego rodzaju postaw.

Podręcznikowym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest pewne nacjonalistyczne stowarzyszenie działające w moim rodzinnym mieście. Ta krzykliwa organizacja od kilku lat idzie w awangardzie agresywnego narzucania lokalnej społeczności kultu „Żołnierzy Wyklętych”. W tej działalności stowarzyszenie posunęło się do próby sterroryzowania radnych PO i SLD zakłócaniem obrad Rady Miejskiej i okrzykami „hańba”, „zdrajcy” itp. gdy ci sprzeciwili się zgłoszonemu przez nacjonalistów pomysłowi nazwania kilku głogowskich ulic imieniem niektórych „Wyklętych”. Wzorem organizacji o krajowym zasięgu działacze ci forsują postaci związane z antykomunistycznym ruchem oporu bez refleksji i weryfikacji stawiając w jednym rządzie heroicznego Witolda Pileckiego z co najmniej kontrowersyjnym Stanisławem Sojczyńskim.  W tym wszystkim nie byłoby pewnie nic dziwnego – ot, kolejny przejaw ogólnopolskiej tendencji – gdyby nie bardzo barwna biografia lidera tego stowarzyszenia. Okazuje się, że kilkanaście miesięcy przed założeniem skrajnie prawicowej organizacji jej prezes startował w wyborach samorządowych z list… Platformy Obywatelskiej. Kiedy pomimo zwycięstwa tego ugrupowania w skali kraju przyszły lider głogowskich nacjonalistów nie uzyskał mandatu, a jego dotychczasowa partia zaczęła z biegiem czasu słabnąć w sondażach, człowiek ten rozłożył wraz z kolegami transparent z napisem „Norymberga dla komuny i PO” i ogłosił się „najprawdziwszym z Polaków”.

Ten zasługujący na satyryczny komentarz aspekt jego biografii nie przeszkadza mu bez żenady przedstawiać siebie jako patriotyczny autorytet. Co najgorsze i najśmieszniejsze zarazem, pomimo to w Głogowie wciąż można spotkać ludzi, którzy traktują jego działalność poważnie. Takich przypadków w skali kraju jest oczywiście znacznie więcej. Byli działacze PO, SLD i PiS płynnie przepływają do struktur ONR i pokrewnych organizacji w dziesiątkach miejsc na obszarze całego kraju. Skala wzrostu popularności skrajnej prawicy sprawia, że przynależność do nacjonalistów czasem staje się koniunkturalnym wyborem ludzi, których jedynym światopoglądem jest własny, egoistyczny interes, a których nie brak w każdym społeczeństwie.

Zjawisko to funkcjonuje na uboczu całej tendencji i ludzie tego pokroju pewnie nie zdominują kadr przywódczych narodowców. Jednak już sam fakt jego wystąpienia daje szerszy ogląd siły, z jaką ekstremistyczne, czasem wręcz faszystowskie ruchy, przebiły się do zbiorowej świadomości Polaków. To kolejny z wielu powodów, dla których siły umiarkowane i przywiązane do wolności i demokracji, reprezentujące postawy ze wszystkich stron politycznej sceny, powinny dołożyć starań do walki z politycznym ekstremizmem.

Czytaj również