Marsz PiS na cywilizacyjne manowce

Drukuj

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że siły demokratyczne obecne w polskim społeczeństwie powinny zrobić wszystko, by jak najszybciej, pokojowymi środkami, odsunąć PiS od władzy. Aby to zrobić, trzeba jednak postawić pytanie: ku czemu właściwie partia ta prowadzi nasz kraj?

Po przejęciu władzy w wyniku wyborów 25 października 2015 roku, partia Jarosława Kaczyńskiego zdecydowała się na iście szaleńcze tempo wprowadzania preferowanych przez siebie zmian. Teraz, gdy od początku kryzysu politycznego wokół Trybunału Konstytucyjnego i innych kontrowersyjnych decyzji rządzącej ekipy minęło już wiele tygodni, warto spróbować przyjrzeć się tym działaniom z chłodnym dystansem. W tym kontekście nasuwa się zasadnicze pytanie: Dokąd partia Jarosława Kaczyńskiego zamierza zaprowadzić Polskę?

Mechanizmy polityczne, którymi rządząca naszym krajem formacja posługuje się do realizacji własnych planów, zostały już opisane na wszelkie możliwe sposoby. Na powyższe pytanie, w mojej ocenie podstawowe, odpowiedzi pozostają często wysoce niezadowalające. Najbardziej popularne wyjaśnienia mają charakter powierzchowny i zdradzają skażenie wirusem galopującej radykalizacji wszystkich stron politycznego sporu. Od niektórych uczestników demonstracji organizowanych przez KOD można usłyszeć tezy o ślepej żądzy władzy, chorobliwych skłonnościach Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników, a czasem nawet bardziej radykalne przypuszczenia co do intencji PiS, odnoszące się na przykład do sensacyjnych pogłosek, jakoby Rosja finansowała skrajnie prawicowe ugrupowania w całej Europie celem doprowadzenia do rozpadu Unii Europejskiej. Po drugiej stronie cały spór przedstawia się po prostu jako walkę patriotów ze zdrajcami. Taką interpretację wspiera osobiście szef partii rządzącej swoją narracją o gorszym sorcie Polaków i genie zdrady narodowej, jaki mają rzekomo jego przeciwnicy. Siłą napędową popularności tej diagnozy wśród wyborców obecnej parlamentarnej większości są jednak sympatyzujące z PiS media, które sączą w umysły swoich widzów i czytelników przekonanie, jakoby przeciwnicy partii rządzącej tworzyli nową konfederację targowicką – klikę zdrajców działających na zewnętrzne zlecenie w imię prywatnych interesów.

Sądzę jednak, iż te proste i skrajne zarazem wyjaśnienia nie dotykają sedna sprawy. Nie ulega wątpliwości, że wszystkie działania obecnego obozu rządzącego przejawiają dążenie do całkowitej przebudowy państwa polskiego. Najpierw de facto zlikwidowano możliwość kontrolowania służb specjalnych przez opozycję parlamentarną, potem sparaliżowano Trybunał Konstytucyjny, dalej przejęto publiczne media, otwarto furtkę do upartyjnienia służby cywilnej, by wreszcie wprowadzić nową ustawę o policji i poszerzyć możliwości inwigilacji obywateli przez różnorakie służby. Widać więc, że rząd skupił się na – mówiąc wprost – przejęciu państwa w warstwie instytucjonalnej. Dokonywane zmiany prowadzą do centralizacji, ograniczenia możliwości kontroli działań władzy i rozmycia podstawowego dla funkcjonowania ustroju trójpodziału władzy, a opierają się na rozszerzającej interpretacji przyznanych prawnie rządzącym kompetencji. Mamy tu więc do czynienia ze swego rodzaju nową falandyzacją prawa – podobną do tej, którą obserwowaliśmy za prezydentury Lecha Wałęsy, kiedy zastępca szefa jego kancelarii, prawnik Lech Falandysz, prowadził do poszerzenia kompetencji głowy państwa poprzez, nazywając rzecz eufemistycznie, kreatywne ich definiowanie. Obserwacja ta warta jest uwagi, szczególnie w kontekście daleko idącej niechęci, jaką politycy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele darzą byłego prezydenta. Oczywiście dziś zjawisko to ma bez porównania szerszy zasięg i skalę, wywołując proporcjonalnie większe szkody.  W kontekście politycznym, działania PiS należy więc interpretować jako próbę rozciągnięcia uprawnień rządzących dalece poza mandat uzyskany w demokratycznych wyborach. Jest to dążenie do zmiany fundamentów ustroju państwa w warunkach braku odpowiedniej do tego większości parlamentarnej. Mamy zatem do czynienia z niezwykle specyficznym stosunkiem do państwa prawa i próbą likwidacji demokracji liberalnej.

Pozostaje więc pytanie o głębsze źródła całego zjawiska. Próby wyjaśnienia tego jedynie osobistymi ambicjami Jarosława Kaczyńskiego lub innych polityków PiS są bez wątpienia efektowne, ale moim zdaniem niewystarczające. Ambicja jest bowiem cechą wszystkich polityków, niezależnie od ustroju, lecz poza wspomnianym epizodem z czasów prezydentury Wałęsy, nikt w naszym kraju nie prowadził w sposób systematyczny i planowy polityki tego rodzaju. Odpowiedzi powinniśmy więc szukać zupełnie gdzie indziej – w atawistycznym stosunku PiS i środowisk mu przychylnych do zagadnień kulturowo-cywilizacyjnych.

Od kilku dziesięcioleci liberalna demokracja, oparta na idei państwa prawa, jest bowiem – w pewnym uproszczeniu – tym, czym w średniowieczu chrześcijaństwo. Wyborem cywilizacyjnym. Akcesem do wspólnoty krajów Okcydentu takim, jakim jest on dzisiaj, po setkach lat ewolucyjnego, nieraz burzliwego rozwoju. Ustrój ten jest osiągnięciem tejże cywilizacji i jednocześnie mechanizmem zabezpieczającym jej dorobek i wartości: pluralizm, wolność osobistą, równouprawnienie kobiet i inne. Tymczasem PiS postrzega współczesny Zachód w sposób archaiczny, wręcz wsteczny, poprzez pryzmat polskiego, radykalnego narodowo-katolickiego konserwatyzmu, którego proces kształtowania opierał się o dwa filary. Pierwszym jest wieloletnie doświadczenie historyczne poddania Polski obcym wpływom politycznym. Począwszy od III wojny północnej (z lat 1700-1721), aż do 1989 roku (z przerwą na okres międzywojenny) Polska znajdowała się w orbicie wpływów rosyjskich, czasem także innych sąsiadów. Doświadczenie to ukształtowało świadomość naszego narodu w opozycji wobec instytucji państwa i zbudowało ją wokół afirmacji własnej tradycji i kulturowego dorobku. Drugim filarem, widocznym szczególnie w prawicowej publicystyce, jest kulturowy i polityczny neosarmatyzm, a więc tęsknota za czasami przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, utożsamianej ze swego rodzaju rajem utraconym, czasem narodowej świetności i militarnej potęgi. Zachód z takiego punktu widzenia jawi się jako siedlisko zła i zepsucia, moralnej dekadencji, a jednocześnie dążeń do upokorzenia i podporządkowania Polski, postrzeganej w tym kontekście jako „Antemurale Christianitatis” – Przedmurze Chrześcijaństwa, ostatni bastion pozytywnych wartości zarzuconych przez innych.

Oba wymienione filary są bardzo widoczne w retoryce PiS i mediów mu przychylnych. Właśnie tutaj szukać trzeba źródeł wypowiedzi Witolda Waszczykowskiego o wegetarianach i cyklistach rzekomo reprezentujących moralny kryzys państw zachodnich. Moim zdaniem jest to również wytłumaczenie powodów, dla których politycy PiS w sposób prowadzący do ich dehumanizacji opowiadają o chorobach przenoszonych przez uchodźców z krajów arabskich, a zabieganie przez polityków opozycji o debatę na temat Polski w Parlamencie Europejskim, którego skład wybierany jest także przez polskich obywateli, określają mianem narodowej zdrady. Także te zjawiska stoją za nową (choć w praktyce od bardzo dawna przestarzałą) koncepcją polskiej polityki zagranicznej i próbą oparcia jej o koalicję małych państw Europy Środkowej, mających być zainteresowanymi powstrzymywaniem imperialnych apetytów państw zachodnich i Rosji.

Jak brzmi w tym świetle odpowiedź na postawione na początku tekstu pytanie? W moim przekonaniu działaniami PiS kieruje cywilizacyjno-kulturowy reakcjonizm, dążenie do przywrócenia starego porządku społecznego. Innymi słowy, rządzący obóz polityczny jest ideowo przekonany o konieczności wyprowadzenia Polski i Polaków poza nawias upadłego Okcydentu.

Nasz kraj pod rządami Prawa i Sprawiedliwości jest przesuwany na Wschód, zarówno w znaczeniu cywilizacyjnym, jak i politycznym. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, aby Polska, po tysiącleciu przynależności do cywilizacji zachodniej, miała teraz znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Polityka partii rządzącej grozi nam jednak umiejscowieniem na marginesie tego kręgu kulturowego. Sprzeciw wobec tego procesu jest głównym wyzwaniem dla tych sił w polskim społeczeństwie, które dobrze rozumianą rację stanu Rzeczpospolitej postrzegają jako potrzebę budowania silnych związków ze światem zachodnim oraz modernizację dającą szansę na zbliżenie się do grona państw o najwyższym poziomie życia.

Czytaj również